Tam jedziesz na własną odpowiedzialność

Bo Detroit ma taki klimat, że jeśli choć trochę jesteś buntownikiem będziesz chcieć zostać na dłużej.

Nie byłam jakoś bardzo chętna na wizytę tam. Po prostu się bałam. Gdy znajomi pytali, gdzie jadę dalej mówiłam, że wybieram się zostać pobita i napadnięta. Tak to sobie wyobrażałam.

8.Mile

Więc żeby umilić sobie wizytę zaczęłam szukać miejsc, które mnie zainteresują. Nic. Długo długo nic. Nagle sobie przypomniałam, że przecież w Detroit, na 8 Mili wychował się Eminem! Nakręcono tam też film 8.Mile (jeśli ktoś nie widział – proszę teraz zostawić ten wpis, nie czytać dalej, wpisać w wujka 8 Mile online, obejrzeć i wrócić). Czasu nie mieliśmy dużo, więc wybrałam dwie lokalizacje – strasznie napaliłam się na znak 8. Mile z głównego plakatu filmu i na parking w dawnym teatrze, w którym kręcili scenę, gdzie młody Eminem rapuje. I jak na pierwszej lokalizacji mega się zawiodłam – oczywiście znaku nie było, tak druga – rewelacja. Must see w Detroit, nawet jeśli ktoś nie widział 8 Mili. Wchodzi się na niepozorny parking, wjazdem dla samochodów i po chwili patrząc w górę ukazuje się niesamowity widok starego teatralnego sufitu i obdartych już trochę ścian. To trzeba zobaczyć, nie da się opisać. Próbowałam, ale cały tekst skasowałam. Zdjęcia i tak oddadzą tylko niewielką część jak wygląda to na żywo, ale może nawet i dobrze, lepiej przeżyć to samemu.

Do Detroit zajechaliśmy o zachodzie słońca i to była idealna pora. Miasto przywitało nas pięknymi ceglanymi budynkami, które przy takim świetle wyglądały obłędnie. Za dnia wyglądały zwyczajnie, ale pierwsze wrażenie jest najważniejsze, prawda?

Nie, nie mamy Państwa rezerwacji

Pojechaliśmy do hotelu, gdzie miała miejsce sytuacja, przed którą chciałabym Cię ostrzec. Podeszłam do recepcji mówiąc, że mieliśmy rezerwację. Pani spytała się o jej numer i tutaj od razu na wstępie popełniłam błąd. Na kartce było logo znanego serwisu internetowego, gdzie można dokonywać rezerwacji hoteli. Pani powiedziała, że mają z tym serwisem problem i nie przychodzą z niego informacje o rezerwacji. Powiedziała, że może nam wynająć pokój, ale po cenie o 100 dolarów wyższej niż mieliśmy pierwotnie w rezerwacji. Była 23 i byliśmy bardzo zmęczeni, nie mieliśmy ochoty jeździć po mieście i szukać noclegu, więc wzięliśmy ten pokój. O dziwo był dostępny taki sam, jak ten który powinniśmy dostać. Powiedziała, że możemy odwołać rezerwację w serwisie. Dzięki. Szkoda, że kosztuje to tyle ile pokój.

Wściekli wzięliśmy klucz i wjechaliśmy na 20 piętro (tak, znowu winda i ja klaustofobiczka). Dawno nie byłam tak zła, gdy podliczałam dodatkowe koszty pokoju i odwołania rezerwacji. Na szczęście serwis anulował rezerwację bezpłatnie. I teraz uwaga – hotele podobno bardzo często tak robią, żeby wziąć po prostu większą stawkę. Nie uwierzę, że przez czysty przypadek dostaliśmy akurat taki sam pokój. Także uważajcie. Ja żałuję tylko, że nie podałam numeru rezerwacji sama albo że nie poprosiłam Pani o wpisanie go na moich oczach. Nauczka na przyszłość.

Taki przynajmniej mieliśmy widok

Lekarstwo na wszystko

Wieczorem wyszliśmy na miasto. Był akurat piątek, więc było dużo ludzi. Dużo dziwnych i niebudzących zaufania ludzi. Przeszliśmy się tylko na najbardziej imprezową ulicę, ale zrobiliśmy to w bardzo ekspresowym tempie. Ja nadal byłam zła, więc każdy mijający mnie człowiek strasznie mnie denerwował. Dopiero gdzieś za rogiem było spokojniej i usiedliśmy coś zjeść.

Wino i pizza. Tego mi było trzeba.

Detroit znów było piękne.

Hot-dog na śniadanie?

Rankiem poszliśmy nad rzekę Detroit, skąd na drugim brzegu było widać Kanadę. Za dnia miasto jest o wiele lepsze. Znad rzeki przejechaliśmy się kolejką, która jeździ nad miastem (bilet, a raczej talar – 75 centów – do kupienia na stacji) bez kierowcy (tak, wiem w wielu miejscach tak jest, ale ja pierwszy raz jechałam taką kolejką). Bardzo fajna rzecz, polecam, chociaż dwie stacje.

Podobno w Detroit trzeba spróbować Coney Island Hot-Dogs. W związku z tym, że w naszym wspaniałym hotelu nie było śniadań i zaraz mieliśmy wyjeżdżać, skusiliśmy się. Hot-dogi były super ekstra, ale ostatni raz zjadłam takie śniadanie. Bleh.

Idziemy oglądać… samochody!

Niedaleko Detroit jest muzeum Henry’ego Forda. Gdy usłyszałam, że się tam wybieramy, mój entuzjazm nie miał końca. No ale dobra, jak wszyscy to wszyscy. Podjechaliśmy pod wielki kompleks budynków, pól i Bóg wie czego jeszcze. Szukaliśmy miejsca pół godziny. Zaparkowaliśmy gdzieś na drugim końcu parkingu, ze dwa kilometry (serio) od głównego wejścia. Wspomniałam, że byliśmy tam o 11? Na szczęście po terenie muzeum jeżdżą autobusy i zabierają biednych turystów z parkingu.

Chcieliśmy kupić bilety do dwóch miejsc – fabryki Forda i muzeum. Okazało się, że jest jakiś event i nie sprzedają biletów do muzeum. Tak przynajmniej powiedziała mi pani w kasie. I jeszcze dwie inne osoby w informacji.  Trudno, wzięliśmy tylko fabrykę. Zawiózł nas do niej kolejny autobus. Jechałam z nastawieniem – robisz to dla swojej rodziny, niech będą szczęśliwi. Ale wiesz co? Było ekstra! Niestety nie można było robić zdjęć. To może i dobrze. Trzeba to zobaczyć samemu. Na początku były dwa filmy – pierwszy o historii fabryki, a drugi jak powstaje najczęściej kupowany samochód w Stanach, czyli Ford F150. Robiły wrażenie, zwłaszcza ten drugi. Trochę było jak w kinie 4D. Następnie udaliśmy się do hali, w której produkuje się samochody. Idzie się balkonem nad halą, a pod spodem widać taśmy produkcyjne, części samochodów i ludzi, którzy to wszystko składają w całość. Można było zobaczyć jak od początku do końca powstaje F150. Bardzo ciekawa sprawa.

W ogóle zauważyliśmy, że w tej fabryce nie bardzo obowiązują standardy BHP. To znaczy na pewno jakieś są, ale specyficzne. Czy wyobrażasz sobie, żeby w Europie kobieta z wieloma bardzo długimi warkoczykami, które nie były związane, mogła pracować na hali wśród maszyn? No chyba nie.

Bo tourze w fabryce wróciliśmy na teren muzeum. Było nam trochę smutno, że nie możemy zobaczyć głównej wystawy. Trochę się pokręciliśmy i okazało się, że jakoś przez przypadek znaleźliśmy się wśród kluczowej ekspozycji! Na fotkach możecie zobaczyć co widzieliśmy. Oczywiście muzeum było super i znowu okazało się, że niepotrzebnie marudziłam :)

W Detroit i w drodze do było najgorzej. Staram się jakoś powstrzymywać, brać coś na ten przeklęty kaszel, ale non stop wraca i nie chce odpuścić. Walczę, ale jest bardzo ciężko.

I jak, przekonałam Cię do Detroit? Czy może też miałeś podobne przygody z hotelami? Pisz, powspominamy razem!

Klaudia

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *