„From the top of the mountain you could see…”

„…Lake Erie
Niagara Falls…”

Jeden z wielu cudów natury. Na mnie ciężko jest zrobić wrażenie i z tego powodu czasami nawet jest mi przykro. Niestety i tym razem się nie udało. Zaczynam wierzyć w moją teorię, że jestem mieszczuchem i wolę zobaczyć kilkuset metrowe budynki niż kilkudziesięciometrowy spad wody. Na szczęście później się okaże, że nie do końca mam rację.

Kilka tysięcy kart kredytowych

Podobno wodospady lepiej jest zobaczyć od kanadyjskiej strony. Bardzo się cieszyłam, że odwiedzę nie tylko Stany, ale gdy będę się ze znajomymi bawić w wyliczanki kto ile krajów odwiedził pochwalę się, że byłam w Kanadzie. Na jedną noc, ale to zawsze coś!

Nasze plany równały się z przejechaniem przez granicę. Nie mam pojęcia czemu, ale strasznie stresują mnie takie momenty. Nie w Europie, ale np. w Izraelu czy przy wjeździe do Turcji. Zawsze się czułam jak intruz i pomimo tego, że jechałam w celach turystycznych bałam się jak cholera. I przy granicy z Kanadą było to samo.

Dobra, podjeżdżamy do bramek na granicy. Padają zwykłe pytania: skąd jesteśmy, po co tu przyjechaliśmy, na ile, rezerwacja z hotelu. Na razie mój tata daje radę. Ja w stresie siedzę cicho. Lecimy dalej: czy przewozimy jedzenie, tytoń, alkohol. Nie mamy nic, więc luz. Oficer pyta ile mamy hajsów w gotówce. Pada kwota. Pyta ile mamy kart kredytowych. Pada liczba. Pan nie rozumie ile, zadaje ponownie pytanie ile tych kart i wtedy zaczyna się najlepsze. Mój tata źle zrozumiał pytanie i mówi ile ma na koncie. Brawo. Już wiem, że będzie zabawa. Według strażnika coś kręcimy. Nie dziwię się. Sięga po telefon, oburzonym tonem coś mówi, zdenerwowany przystawia milion pieczątek i każe zjechać na bok. Wiedziałam, że tak będzie. To koniec wycieczki. Wracamy do domu. Na bank.

Takie miałam myśli. Muszę zacząć panować nad swoją wyobraźnią, bo kiedyś to się źle skończy.

Zjeżdżamy na bok, gdzie stały już ze dwa samochody, wokół których krążyli strażnicy z latarkami i zaglądali do środka. Nie będę tutaj przytaczać jakie słowa krążyły po mojej głowie, ale możesz się domyślić. Przyszła kolej na nas. Wysiadamy, zaczyna się przeszukiwanie. Najbardziej to było mi wstyd za bałagan w aucie. Ale to nie było już teraz ważne. Trzeba wybrnąć z tej beznadziejnej sytuacji.

Podszedł do nas strażnik z prośbą o odejście na bok i przeliczenie przy nim całej gotówki. Idę z tatą, bo boję się, że znów się gdzieś walnie i skończymy nie wiadomo gdzie.

Ok, hajs się zgadza.

Kierują nas dalej, do budynku obok, gdzie znowu padają pytania, tylko bardziej szczegółowe. Tym razem cała rodzina buzia na kłódkę, mówię tylko ja. Przy tym olbrzymim stresie nie było to łatwe. Ale po 10 minutach objaśniania relacji między nami, celu podróży, czasu ile jeszcze będziemy w podróży i na spokojnie wytłumaczenie jaki był problem z tymi kartami, jesteśmy wolni. Wolni!!! Będziemy żyć, jedziemy dalej!

Całość trwała może ze 20 minut i chodziło tylko o to, żeby sprostować informacje, ale co się najadłam strachu to moje. Przy następnych takich akcjach mówiłam już tylko ja. Nigdy więcej takich akcji.

W nocy wszystko wygląda lepiej

Zmęczona tym wszystkim, od razu zasnęłam. Gdy już było ciemno, obudziła mnie pełnym ekscytacji głosem mama. Rozejrzałam się i… WOW.

Warto było tyle jechać.

Po krótkim spacerze pojechaliśmy do motelu, gdzie mieliśmy spać. Tam przemiły Pan chyba miał przeczucie jaka sytuacja miała miejsce poprzedniej nocy i zamiast zwykłego pokoju zaproponował nam fajny, amerykański domek tuż obok. Za dużej różnicy nam to nie robiło, bo byliśmy tylko jedną noc, ale zawsze to miło, jak ktoś zupełnie obcy chce Ci sprawić radość.

Rano, po typowo amerykańskim śniadaniu (od 4 dni jestem na diecie jakby co!), poszliśmy zobaczyć Wodospady.

W nocy robią większe wrażenie. Hm. Może kolejność oglądania powinna być odwrotna. Najpierw w dzień, później wieczorem.

Mój tata koniecznie chciał podpłynąć łódką pod wodospady, a mi zależało na zdobyciu dostępnego tylko w tym jednym jedynym miejscu elementu garderoby, który już od wielu sezonów noszą ludzie z całego świata. Tylko w tym jednym jedynym miejscu.

A więc w pogoni za marzeniami stanęliśmy w największej kolejce, jaką widziałam. Na szczęście szybko poszło, bo tylko z pół godziny. Rozrywki dostarczała nam rodzina Azjatów przed nami, także zleciało bardzo szybko. (Dla tych co czytają bloga z zamysłem planowania podróży – bilety kupuje się wcześniej, w kasach lub w automatach, zaraz przy początku tej fantastycznej kolejki. Można też online. Koszt dla adulta powyżej 13 lat: $25,95. Chyba już z taxem)

W sumie na 4 osoby wyszło trochę dużo i jęczałam, że się nie opłaca, ale mój tata w takich sytuacjach mówi jedno proste zdanie, po którym milczę i w duchu przyznaję mu rację: Jesteś tutaj pierwszy i pewnie ostatni raz, nie wolno sobie żałować.

I faktycznie, rejs był super. Trwa 20 minut i statek podpływa pod dwa wodospady, które, okej, z bliska robią wrażenie. Oczywiście jeśli jesteś w stanie coś zobaczyć, jeżeli woda nie wpadnie Ci do oczu. Warto założyć okulary.

I tyle. Można się przejść wzdłuż jeziora i wodospadów, zrobić piknik w jednym z pobliskich bardzo ładnych parków. Jednak my po rejsie wsiedliśmy prosto w samochód, bo jeszcze tego samego dnia musieliśmy dotrzeć do…

Dowiesz się w następnym wpisie, także do zobaczenia!

Klaudia

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *