Protip no. 1: w USA zawsze się uśmiechaj, no matter what

Dostaniesz wszystko czego chcesz, a nawet więcej. Oczywiście w granicach rozsądku.

Są takie miasta gdzie czujesz się dobrze i wiesz to od razu, w pierwszej minucie. Chicago spokojnie się do takich zalicza. Chyba jestem mieszczuchem, bo gdy moja rodzina zachwycała się przedmieściami, ja zastanawiałam się kiedy w końcu dotrzemy do cywilizacji.

Ludzie

10/10

Przemili i bardzo uczynni. Pomogą w każdej, nawet najgłupszej sprawie (jak zapłacić za parking w parkometrze. Okazuje się, że trzeba podjechać samochodem, nie wystarczy podejść i udawać, że się nim jest). Atmosfera panuje taka na luzie. Niby każdy się gdzieś spieszy, ale jest przy tym zawsze uśmiechnięty i nie wygląda na zdenerwowanego tak, jak u nas.

Stojąc przy Chicago Theatre razem z bratem, młody wydawał dźwięki, które miały chyba przypominać beatboxowanie, a ja obok poruszałam się tak, jakbym chyba tańczyła do rytmu. Przeszedł obok nas ciemnoskóry starszy pan i takim typowym akcentem (wyobraźcie sobie teraz Morgana Freeman’a) powiedział „She’s got the beat! I told ya – she’s got it!” Do końca dnia zastanawiałam się jak znaleźć tego pana i namówić go do nagrania piosenki, gdzie mój brat będzie wydawał te swoje dźwięki, a on będzie powtarzał w kółko, że mam bit. Coś jak ‚Gold Digger’ Kanye’go Westa. Myślę, że spokojnie bylibyśmy ustawieni do końca życia.

Jeśli chodzi o szacunek do Stanów, chyba nikogo nie zaskoczę mówiąc, że Amerykanie mają ogromny, a na każdym rogu wiszą amerykańskie flagi. Tak żebyśmy nie zapomnieli przypadkiem gdzie jesteśmy.

Jedzenie

6/10

W Chicago jadłam na razie tylko cheesburgera i frytki w Maku, ale szału nie ma. Dobre jedzenie zapewniła nam pani, u której spaliśmy (Italian Beef – polecam). Chyba wrócę do biegania wieczorami, bo po kilku dniach mam wrażenie, że każdy mój wewnętrzny organ wesoło kąpie się w tłuszczu.

Jeśli chodzi o napoje, to odkryłam najlepszy na świecie – Barq’s Root Beer. Smakuje jak różowa guma Orbit i nie wiem co bez niego zrobię po powrocie.

A słodycze… Kto mnie zna ten wie, że spokojnie mogłyby zastąpić mi normalne posiłki. Także do Polski wrócę prawdopodobnie jako wielka kulka peanut butter.

Czystość

10/10

Ulice są czyściutkie (co przy jakiś 3 koszach w całym Chicago jest zdumiewające), a trawa jest jeszcze bardziej zielona niż… trawa. Jeśli w ci się poszczęści i ją w ogóle zobaczysz.

Do czystości na ulicach zaliczam (chociaż pewnie inni skrycie również, ale nikt się do tego nie przyzna) hmm… mówiąc wprost ludzi, którzy proszą o pieniądze. Zauważyliśmy, że wychodzą oni na ulicę po południu. Od 9 do 15 nikogo nie było. Ciekawa jest ich różnorodność. Głównie młodzi i głównie z kotami. I zadbani. Serio. Ogarnięte ciuchy, czyste włosy, schludni. Ale najsmutniejszym widokiem był siedzący (w sumie to chyba śpiący) i proszący o pieniądze były żołnierz. Z tego co słyszałam, to USA zapewnia weteranom m.in. pomoc psychologiczną ale nigdy nie jest tak, że ktoś za nas wszystko zrobi.

Drogi

7/10

Beton, korki wszędzie, na autostradach co chwila bramki (chociaż może to przez to, że non stop błądzimy, bo GPS jest mega opóźniony). Tak się rzucałam, że mój tata wypożyczając samochód nie zgłosił trzeciego kierowcy. Teraz jestem wdzięczna, bo nie ma opcji żebym wsiadła tutaj za kółko. Najpierw popróbuję na jakiejś pustyni. Jakbym była tu na miejscu i miała swoje autko, to dzień, dwa wszystko bym załapała. Skoro 16-latki potrafią to też dałabym radę. Ale nie będę narażać ubezpieczenia i nerwów swojej rodziny.

Toalety

7/10

Nie ukrywajmy jestem babą i siku chce mi się zawsze. Nawet jak zrobię i wyjdę, to znowu muszę. Nie chcę myśleć jak będzie w dalekiej przyszłości gdy będę w ciąży. Chyba pozostaje tylko pielucha.

Nieważne, do rzeczy. Restrooms można znaleźć wszędzie, naprawdę. Ja mam toaletowy zmysł (teraz się śmiejesz, a to jest bardzo przydatna rzecz), więc zobaczę znaczek dziewczyny i chłopaka z bardzo daleka. W Chicago było ich sporo, bo i w Sky Deck Tower (nawet na 103 piętrze – ale jazda, sikać tak wysoko), obok amfiteatru w Millenium Park i głowy nie dam, ale w Water Taxi też powinna być. A tak to maczki (nie ma kodu), Starbucks (zdarzają się na kody), stacje benzynowe itp. I co ważne – za free. Szanuję to.

Jedynym minusem publicznych łazienek w Stanach, a konkretnie kabin jest to, że odległość od drzwi do ścianki kabiny to jakieś pół metra. Dosłownie. Z zewnątrz widać wszystko. Ja, która w przymierzalni muszę co do milimetra mieć zasłoniętą kotarę (damn you ZARA) zostałam zmuszona do pozbycia się wszelkich ograniczeń. No trudno, to podglądacze będą musieli sobie zrobić oczu kąpiel, ja za to nie biorę odpowiedzialności.

Podsumowując, Chicago jest super cool i każdemu polecam się do niego wybrać. Ma swój klimat i naprawdę warto go poczuć.

To ostatni wpis dotyczący Wietrznego Miasta. Coś Ci się szczególnie spodobało, a może zmieniło drastycznie światopogląd? Pisz!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *