Strefa komfortu? A co to takiego? Dział IKEI?

Taka była moja reakcja, gdy pierwszy raz trafiłam na artykuł na ten temat. Przeleciałam go wzrokiem i pomyślałam – co za bzdura.

Miałam wtedy może z 20, 21 lat. To było stosunkowo niedawno, ale w ciągu tak krótkiego czasu zdarzyło się bardzo dużo rzeczy, które wymagały ode mnie podjęcia poważnych decyzji, które ogromnie wpłynęły na to jak teraz wygląda moje życie. Nie były one łatwe i wymagały sporego wysiłku i pracy. I przede wszystkim zrezygnowania z wygody.

Całkiem niedawno (czyt. w USA, 10 tysięcy kilometrów i mnóstwo wolnego czasu robi swoje) się zreflektowałam, że właśnie to, w jakim miejscu się znajduję tu i teraz osiągnęłam wychodząc ze swojej strefy komfortu. I wcale nie jest łatwo i prosto, ale jest lepiej.

Zastanawiając się nad taką pierwszą sytuacją, gdzie stwierdziłam, dobra, koniec tego lenistwa myślałam, że może napiszę o pierwszej poważnej pracy. Ale byłam wtedy na drugim roku studiów, mieszkałam z rodzicami, a hajs przeznaczałam głównie na torebki i wypady ze znajomymi, także nie zaliczam tego wydarzenia jako przełomowego.

Dobra, robię to, musi się udać

Pierwszym i chyba jak do tej pory największym, przełomem, gdzie podjęłam decyzję: „dobra, robię to, musi się udać” była wyprowadzka. Obstawiam stówę (no, dobra może nie), że dla większości z Was to był taki pierwszy moment, w którym również wyszliście ze strefy komfortu. Od teraz nie będzie już za darmo zawsze pełnej lodówki, zrobionego prania i wyprasowanych ubrań. Koniec. O wyprowadzce myślałam ponad rok, więc miałam czas żeby oswoić się z myślą, że oto nadchodzi ona, w pełnej krasie. DOROSŁOŚĆ.

Zderzenie z rzeczywistością dla mnie nie było trudne tak jak myślałam, ponieważ moja rodzina na szczęście się na mnie nie obraziła i miałam wokół siebie (nawet chwilowo za ścianą – tu należą się pozdrowienia dla Mileny :)) przyjaciół, którzy swoimi wizytami utwierdzali mnie w przekonaniu, że to był dobry pomysł.

Mieszkanie samej nauczyło mnie wiele rzeczy. Podejrzewam, że im później bym podjęła taką decyzję i siedziała sobie jeszcze w swoim słodkim fioletowym pokoju w domu rodzinnym, to byłoby mi trudniej.

Niedługo mijają dwa lata odkąd z balkonu mam widok na przepiękny Ursynów i siedzę sobie z kawką i myślę, że nie chciałabym być w innym miejscu. Obok mnie siedzi sobie istotka, która zaraz stanie się bohaterem kolejnego akapitu, albowiem ona była również po części i moim marzeniem i kolejnym wyjściem ze strefy komfortu. I o wyjściu mówię tutaj dosłownie, bo uwierzcie, że opuszczenie ciepłego koca i spacer podczas zimy, gdy jest -15 wcale nie należy do moich ulubionych rozrywek w ciągu dnia.

Mała, słodka, czarna kulka. Kurcze, jednak nie taka mała

Przez całe życie marzyłam o psiaku. Nawet kiedyś rodzice powiedzieli mi, że jak będę przez miesiąc codziennie o 7 rano wstawać i wychodzić na spacer na około bloku, to dostanę pieska. Dotrzymałam obietnicy i śmigałam w kółko, jednak psa nie dostałam. (Właśnie, halo, mamo tato, wisicie Lili kumpla!) Myśląc o przeprowadzce miałam plan żeby wziąć taką małą słodką kuleczkę. Po 7 miesiącach mieszkania na swoim i za namową współlokatorki radośnie pojechałyśmy do Fundacji dla Szczeniaków Judyta do Sochaczewa i w końcu miałam swoją własną małą czarną kuleczkę. Wprawdzie teraz już nie jest mała, ale na szczęście nadal słodka.

Pies nauczył mnie obowiązkowości. Niby jakieś zalążki jej gdzieś tam w sobie już miałam, ale przy Lili w końcu wiem o co chodzi. Melanż w piątek z przyjaciółmi? Ok, ale po pracy wracam do domu, idę z psiakiem i docieram do nich 2 godziny spóźniona. Trudno. Wyjazd? Muszę oszczędzać kasę na takie przypadki żeby zapłacić młodej za hotel ze SPA (no co, psu też się należy odpoczynek). Ta moja to też jeszcze dużo je i ma dużo energii, więc i czas i pieniądze są tutaj bardzo ważne. I tak właśnie ostatnio sprzedałam sukienkę, szczęśliwa że będę miała na wieczór, a zaraz potem pobiegłam kupić za te hajsy jedzenie i zabawki dla Lili. Bo przecież ostatnio była taka grzeczna, zasługuje. [Zabawka kupiona w piątek, obecnie właśnie walają się po podłodze jej strzępy] I pomimo tego, że rodzina mówiła, żebym nie brała psa, bo to problem (jaki problem, ewentualnie obowiązek), to i tak w sytuacjach awaryjnych chętnie z nią zostają, a jak przyjeżdżam do nich na obiad, to nie ja później dostaję słoiki i żarcie na najbliższy tydzień, tylko młoda ma całą siatę mięska, kości i marchewek. No do czego to doszło.

Napisać czy nie napisać?

W głowie mam jeszcze jedną rzecz, która wymagała ode mnie poświęcenia bardzo dużej ilości czasu i nerwów, żeby w końcu wyleźć ze strefy komfortu i ją załatwić, ale nie do końca jestem gotowa na podzielenie się tym z szerszą publicznością. Może powiem bardzo ogólnie. Jeśli macie wokół siebie osobę, krąg takich osób, przez którą czujecie się źle, zakończcie znajomość. Pomimo tego, że jest Wam może ciężko na samą myśl i generalnie utrzymujecie z nią kontakt z przyzwyczajenia to trzeba podjąć decyzję i wdrożyć ją w życie raz, a porządnie. Może nie do końca rozumiecie, dlaczego wzmianka o drugiej osobie pojawiła się w artykule o strefie komfortu, ale może niektórzy z Was są w podobnej sytuacji, w której byłam jakiś czas temu i potrafią czytać między wierszami. Generalnie konkluzja jest taka, że jak czujecie, że coś jest nie tak, to trzeba się spiąć i sprawę załatwić raz na zawsze. Nawet jeśli taka sytuacja, jaka jest w waszym życiu nie jest szczególnie trudna, ale gdzieś w środku męcząca, nie należy zwlekać. Będzie trudno, ale gwarantuję, że po jakimś czasie lepiej.

Freedom

W ostatnim momencie (uff, a właśnie miałam dodać niekompletny wpis!) doszłam jeszcze do jednego wniosku. Wychodząc ze strefy komfortu, po jakimś czasie poczujecie się wolni. Serio. Dotrze do Was, że możecie ze swoim życiem zrobić wszystko, przecież ono jest tylko i wyłącznie wasze. Nikt go za Was nie przeżyje, a każdą decyzją możecie nim kierować w taką stronę, jaka Wam się tylko zamarzy. I to jest w nim najlepsze. Możecie robić co tylko chcecie!!!

Podsumowując, wychodzenie ze strefy komfortu nauczyło mnie wielu rzeczy i jak Wam coś przeszkadza, to trzeba to zrobić. Przede wszystkim mam twardszy tyłek, wiem, że część decyzji jest bardzo trudna, ale zawsze trzeba sobie przeprowadzić szybkie za i przeciw. Jeśli więcej, chociaż o jedno jest tego „za”, to śmiało, życie się nie zawali. O, i to jest jeszcze jedna z rzeczy, których się nauczyłam. Przecież świat się nie skończy, nawet jeśli decyzja, którą podejmiesz będzie zła. Błędy są super, naprawdę! Ale nie będę tutaj spojlerować, bo to jest temat na osobny wpis, który mam zaplanowany już od dawna.

Przede mną kolejne wyzwanie, sytuacja, która wymaga ode mnie „ruszenia tyłka z kanapy”. Jestem przerażona i podekscytowana jednocześnie. Zobaczymy czy ja sama się zastosuje do swoich mądrości :)

A Wy, jakie macie doświadczenia z wychodzeniem ze strefy komfortu? Warto było czy wolelibyście cofnąć czas?

Klaudia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *